piątek, 17 października 2014

Malarsko i nie tylko...




Dzsiaj wczesnie skonczylam prace a wiec mam czas, aby sobie spokojnie posiedziec,
pogrzebac w internecie, napisac cos w blogu i cieszyc sie tym, ze weekend przed nami...
Pogoda robi sobie rozne zarty, ale slyszalam, ze w niedziele ma byc ladnie to moze
wybiore sie na polowanie na zlota jesien.

Wspomnialam ostatnio o moich zapachowych fascynacjach i o tym, ze jest Forum, gdzie
spotykaja sie "uzaleznieni" od zapachow. Jak wiadomo dobre wody toaletowe czy tez
wody perfumowane nie sa tanie. Tym sposobem ludzie wpadli na pomysl, ze w kilka osob
kupuja buteleczke wyzej wymienionych, albo sami kupuja jeden egzemplarz i odstepuja
chetnym (najczesciej) 10 ml co jest taka wdzieczna iloscia, ze jest jeszcze do zaplacenia a juz
mozna zapach porzadnie przetestowac. Po chwilach takiego szalenstwa dalam sobie
w ostatnich miesiacach spokoj, ale teraz znowu na to "zapadlam". Zamowilam sobie rozne
zapachy i w zasadzie bardzo jestem tymi zakupami zachwycona. Kupilam tez prawie cala
flaszeczke (100 ml!!!) Givenchy, cudny cynamonowy zapach. Mam wielkie ciagotki do takich
korzennych, orientalnych zapachow, bo wspaniale pasuja do jesieni i zimy.
Mam wrazenie, ze w jakis sposob cudownie ogrzewaja dusze :-)
Na wiosne i lato jest za to zupelnie inna gama zapachow. Moze ktoregos dnia pokaze Wam
zdjecie mojej "perfumerii".

Wczoraj bylam na kursie angielskiego, trzeci raz... O je... Na stare lata troche trudniej
przychodzi nauka czegokolwiek, w tym oczywiscie jezykow... Grupa nie jest duza,
+40 wiekowo, pani prowadzaca jest Angielka i przyznac trzeba, ze ma kobieta cierpliwosc.
To nasze dukanie najprostszych slow jest dla niej pewnie bolesne :-)
Kurs trwa do stycznia, ciekawe czego sie do tego czasu nauczymy i ile osob zostanie....
Z (niemieckiego) kursowego doswiadczenia wiem, ze ludzie sie szybko zniechecaja,
zobaczymy jak bedzie tym razem.

W sprawie sportowych aktywnosci nie podjelam zadnych krokow, ale mialam pare innych
spraw na glowie. Ale rozmawialam juz z szefem studia i musze sie umowic na wstepne
badanie/zestawienie programu cwiczen. Troche to wariacki pomysl z tym trenowaniem,
bo jestem absolutnie leniwa i malo zdyscyplinowana, ale wiem rowniez, ze w czasie
kiedy chodzilam do silowni duzo lepiej sie czulam. A wiec nie pozostaje mi nic innego
jak wziac sie za bary z moimi ciagotkami do lezenia w fotelu z ksiazka i wszelka pasywnoscia...

Teraz bedzie o moich malarskich pasjach (szumnie brzmi, chociaz poczynania na razie
jeszcze skromne). W tym kursie bierze udzial nie tak duzo osob, cos kolo dziesieciu
i wszyscy maja  mlodziencze lata za soba... Ostatnim razem mielismy za zadanie skonczyc
nasze trzy obrazki, ale ja nie potafie malowac "na czas", skonczylam jeden z nich
a pozostale dwa czekaja jeszcze na korekte/zakonczenie. Moze mi sie uda w najblizszym
czasie, bo na kursie bedzie juz cos nowego, ale o tym innym razem.
Na razie prezentuje moje "dzielo" i uciekam "w weekend".
Pozdrawiam Was serdecznie i zycze przyjemnego wypoczynku!!!









niedziela, 12 października 2014

Zbiera sie to, co sie posialo...




...wiec nic dziwnego, ze zbieram milczenie. Gdyby nie wierny Vinniczek to strasznie tu
pusto by bylo! Ale to moja wlasna wina a wiec nie mam sie co skarzyc.
Tyle tytulem wstepu.

Znowu uplynelo troche czasu i jestem po dwoch spotkaniach kursowych, tak malarskich
jak i jezykowych. Jezeli chodzi o te ostatnie to troche trudno przeskoczyc wlasne
opory i problemy z wymowa... Grupa nie jest duza - czteranscie osob na pierwszym spotkaniu,
wszyscy po czterdziestce a wiec trzeba sobie uswiadomic, ze nikomu to nie przychodzi
latwo, nawet jezeli niektorzy mieli kiedys angielski w szkole.
Ja sama chcialabym wiecej-szybciej-lepiej, ale musze sie postarac o cierpliwosc.
Jak mam sie nauczyc to i tak sie naucze, jezeli nie to nie pomoga zadne kursy...

Kurs malarski... Ach, moja dusza spiewa po ostatnim spotkaniu, bylo cudnie.
Malowalismy rownolegle trzy obrazki o wymiarach 40 x 40 cm i w zalozeniach byly to
prace surrealistyczne. Wiekszosc zdecydowala sie na kolory czerwony i zolty, ja
wybralam niebieskosci. Nastepnym razem bedziemy te obrazy konczyc (poki co schly sobie
w spokoju) i mam nadzieje, ze bede ze swoich dziel zadowolona.

Nie pisalam tu nigdy o moich innych pasjach, dzisiaj krotko o tym.
Kocham zapachy i te wlasnie zajmuja mnie od zawsze przy czym od jakiegos czasu kupuje
to, co mi sie podoba, nawet jezeli wiem, ze w najblizszym czasie nie zuzyje, bo jest tego
za duzo. Nie bede twierdzic, ze to dla mnie tresc zycia, ale nie ukrywam, ze jestem
zywo zainteresowana produktami perfumeryjnymi. Za czasow mojej mlodosci bylo troche
zapachow w drogeriach, ale bylo ich raczej nieduzo i pomijajac czysto kwiatowe zapachy -
specjalnych kompozycji sobie nie przypominam. Z wjatkiem "Sawy", ktora byla dla mnie
w tamtych czasach objawieniem, ale objawieniem nieosiagalnym (do dzis pamietam, ze
maly flakonik kosztowal 120 zl. i to w latach siedemdziesiatych, gdzie kilogram kielbasy
kosztowal polowe!). Mama mojej przyjaciolki uzywala tych perfum i przy kazdym
spotkaniu zachlystywalam sie tym zapachem. Na moja kieszen byla za to woda toaletowa
"Czarny kot", ktorej to dluzszy czas uzywalam... A pozniej? Pozniej bylo roznie, ale
zawsze marzyly mi sie piekne zapachy, na szczescie od czasu do czasu wpadalo cos
z zagranicy. Zapachy byly dla mnie zawsze fascynacja i mam pewne zdolnosci
w zapamietywaniu ich, na dlugie lata.
Od kiedy tutaj jestem probuje roznych wod toaletowych i przez te wszystkie lata moja
skora byla wypachniona roznymi zapachami, ktore z radoscia sobie wybieralam.
Okazuje sie, ze ludzi pochlanietych zapachem jest troche wiecej i w ten sposob powstalo
Forum, gdzie sie tez troszeczke udzielam. To niezwkle ciekawe ile zapachow w ogole
istenieje, co sie za tym kryje, jakie sa mody i trendy oraz w ogole jak kto co odbiera.
Jest tez w tym Forum miejsce, gdzie mozna zamieszczac fotografie perfum, jeszcze nie
probowalam, ale kto wie, moze z czasem i tym sie zaczne bawic.

Pisalam kiedys, ze chce mi sie jakiegos swiezego powiewu, nowych horyzontow i nowych
zajec... Ostatnio wpadlam na pomysl, zeby pojsc do Fitness-studia, mam bowiem nie
tylko brak ruchu (a za duzo kilogramow), ale tez trzeba byloby cos i dla zdrowia zrobic.
W poprzednim miejscu zamieszkania udzielalam sie w ten sposob prawie rok, teraz
trzeba byloby przypomniec sobie, ze kondycja nie przychodzi z lezenia w fotelu :-)
Tak czy inaczej to juz tylko kwestia czasu, postanowilam sie zapisac...

Kilka dni temu przyszla przesylka z Merlina, dostalam moje plyty... Dwie Bajora
i jedna (za to podwojna) Turnaua. Musze koniecznie przerzucic na odtwarzacz mp3
i dopiero wtedy bede mogla rozmarzyc sie przy sluchaniu tych dyskow...

Dzisiaj byl ladny, sloneczny dzien i taka jesien jeszcze lubie... Niedlugo bedzie inaczej
a wiec trzeba sie teraz zachwycac zlotymi liscmi, bo i to szybko minie,
Dla mnie osobiscie najgorszym miesiacem byl zawsze listopad (w ktorym to liscie juz
opadly a nie opadaja), ale od kiedy nie ma prawdziwych zim - wydaje mi sie, ze
listopad trwa wiecznie! Ale na razie jest jeszcze pieknie i dzisiaj zamieszczam zdjecia
ze spaceru w Zaczarowanym Parku, pocalowanym juz niesmialo przez jesien....
 
 
 
 
 

 
 

 
 

 
 

 
 

 
 

 
 

 
 

 
 

 
 

 
 






środa, 1 października 2014

No i mam teraz problem...




Zapowiadalam ostatnio, ze beda  afrykanskie detale a tu po ogladnieciu moich zdjec moge tylko
rozlozyc rece...
Zdjec jest malo i prawde mowiac na zaden fotoreprotaz sie nie uzbiera, bede wiec przy
okazji cos pokazywac, bo tak bedzie lepiej.

Czas przeskakuje sam siebie i nie wiedziec kiedy uplywa dzien za dniem.
Dopiero co bylam w Afryce a tu moge juz relacjonowac powrot z kraju, gdzie bylam
w zeszlym tygodniu. Tym razem zdjec nie robilam to i dylematow zadnych nie bedzie...

Tak poza tym postanowilam porwac sie na cos nowego.
Zapisalam sie na kurs angielskiego, kurs podstawowy, bo nigdy sie tego jezyka nie uczylam!
Niezaleznie od tego wezme udzial w kursie malowania akrylem... Poczatek dzisiaj wieczorem
i nie moge sie juz doczekac! Mam nadzieje, ze bedzie ciekawie a niezaleznie od tego ciesze sie,
ze poznam pare nowych osob, zawsze to jakas okazja do wymiany paru zdan.

W lipcu  wspomnialam o mojej kolezance z Syberii...
Ostatni raz na zywo widzialysmy sie bodaj w 1974 roku... Wspomnialam, ze do niej napisalam
nie wiedzac, czy jeszcze mieszka pod znanym mi adresem.
Nie tak dawno przyszla odpowiedz! Alez to byla radosc, bo i zdjecia byly.
Nie wiem, czy sie chwalilam, ale kiedys bylam bardzo dobra z rosyjskiego, po uplywie tylu
lat zajomosc sie mocno pokryla kurzem. List od Iriny byl po rosyjsku i bez problemow go
przeczytalam/zrozumialam. Z odpowiedzia bylo trudniej, odwolalam sie do pomocy
komputera, ktory tlumaczyl bardzo dziwacznie. W zwiazku z tym wpadlam na pomysl, zeby
zabrac sie za rosyjski. W polskim internecie (w BookCity) znalazlam podreczniki i od razu
chcialam zamowic, ale nie myslcie sobie, ze to latwe... Nawypelnialam sie formularzy
i na koniec pojawily sie informacje, ze blad, ze karta nie taka, ze....
Cholera mnie wziela, bo w koncu albo Europa albo regula z wyjatkami???
Tym sposobem ksiazek nie zamowilam, ale o rosyjskim mysle calkiem powaznie!

Teraz bedzie jeszcze o zakupach internetowych,
Nie wiem czy juz pisalam, ale jestem goraca wielbicielka Michala Bajora.
Zapomnialam juz o rosyjskich podrecznikach i poszlam intenetowo do Empiku.
Plyty znalazlam i zabawa zaczela sie od poczatku... W koncu poroznawialam z pania
przez telefon i oprocz tego, ze pani bylo przykro nic sie nie dalo zrobic.
Poniewaz daje sie poniesc emocjom - poszukalam gdzie indziej i co sie okazalo?
W Merlinie mozna zaplacic bez problemow, ale nie bylo tego wszystkiego, co chcialam :-(
Czyli czlowiek uczy sie pokory na prostych rzeczach, ale mowi sie trudno.
Kiedys jeszcze zdobede podreczniki i plyty, w koncu pod koniec roku znowu bede w kraju...

Na fali wspomnien postanowilam odnalezc moja przyjaciolke z liceum, nasze drogi sie
rozeszly 33 lata temu... Poszukiwania w ksiazce telefonicznej nic nie daly a wiec bedac
w PL poszlam do jej Mamy (nie wiedzac czy tam jeszcze mieszka). Udalo sie, Mama przez
chwile sie zastanawiala, kto to z takim impetem dzwoni do jej drzwi, ale za chwile sobie
dokladnie przypomniala kto i skad... Dostalam numer telefonu (bo przyjaciolka w innym
miescie) i zadzwonilam... Niespodzianka bylaby duza, ale Mama wykonala telefon
przede mna.... Tak czy inaczej ucieszylam sie nasza rozmowa i postanowilysmy podtrzymac
te telefoniczne kontakty.

Ja nie naleze wlasciwie do ludzi wracajacych z uporem do przeszlosci, ale jakos tak
wyszlo, ze ostatnio myslalam o roznych ludziach i wydarzeniach z dawnych lat.
Na tej to fali takie poczynania jak wyzej.... I ponizej tez :-)
Na ogol wyrzucam wszystkie listy, bo nigdy do nich nie wracam, ale byl wyjatek.
Mialam paczuszke listow sprzed prawie trzydziestu lat, paczuszke, ktora przeszla ze mna
wszystkie przeprowadzki i jednoczesnie nie byla ruszona przez te wszystkie lata.
W ostatnich dniach przeczytalam te listy.... Poczulam sie taka mloda....
Nie wiem, czy je kiedykolwiek jeszcze przeczytam, ale na razie postanowilam nie wyrzucac.
Sprowadzajac sie do tego mieszkania postanowilismy zrobic "czystke" i wyrzucilismy
cala nagromadzona korespondencje oraz... Moze nie uwierzycie, ale polecialy tez wszystkie
zdjecia "papierowie", rowniez z rozlicznych urlopow.  A zatem nie mozna mnie posadzac
o to, ze jestem sentymentalna, wbrew pozorom...

U nas jesien, w RPA dzisiaj zaczyna sie letni sezon turystyczny i widzialam juz na zdjeciach,
ze przyroda przyobrala nowe sukienki.... Szkoda, ze ich nie widzialam, ale kto wie, moze
kiedys sie jeszcze uda,..

Na razie zamieszczam zimowy widoczek z tych wakacji i gdybym nie napisala, ze to
w RPA nikt by nie pomyslal, ze to jest dalej jak za tutejsza miedza...

Pakuje manatki i pedze za chwile na kurs!!!

Pozdrawiam Was serdecznie!








czwartek, 4 września 2014

Przy filzance kawy...

 
 
 
 
 
 
 
 
Ufffffffffffff............ Czas swistnal mi kolo nosa niczym ekspres miedzynarodowy...
Wrocilam juz jakas chwile temu i nie moglam za nic zabrac sie za pisanie - spietrzylo sie troche obowiazkow i stad to milczenie, niejako tradycyjne u mnie.
Ale porozmawiajmy... Spokojnie i przy filizance kawy :-).
 
Moja podroz przebiegla pod kazdym wzgledem planowo a zatem nie bylo z tego tytulu zadnych stresow. Lecielismy z Frankfurtu nad Menem do Johannesburga, podroz trwala bez mala
11 godzin czyli mozna bylo to przetrzymac, tym bardziej, ze lecielismy Airbusem 380.
Bylo nawet miejsce dla moich dlugich nog i tym sposobem przyznaje sie, ze podroz w
obie strony przespalam.
 
Sam pobyt w RPA trudno ujac w dwoch slowach, bylo duzo do ogladania. Moze zaznacze
tylko, ze tam byla w tym czasie zima jeszcze a wiec temperatury kolo 20°C co niekoniecznie
oznacza upaly. Moje letnie ciuchy pozostaly w wiekszej czesci nierozpakowane, ale taka
temperatura byla przyjemna w czasie rozlicznych wycieczek. A widzielismy duzo...
Z oceanem lacznie.
Tyle wrazen, ze nie wiem, o czym napisac! Zdjecia byly robione, ale mniej niz sie
spodziewalam, na starosc zaczynam sie chyba bardziej koncentrowac na ogladaniu jak
na strzelaniu fotek. Ale cos tam przywiozlam i na pewno cos z czasem pokaze, co nie znaczy,
ze beda fotoreportaze, te juz poza mna.
 
RPA widzialam pierwszy raz wiele lat temu i przyznac trzeba, ze duzo sie zmienilo, rowniez
obraz ulic(y), ale to nic dziwnego po tych wszystkich zmianach politycznych, ktore leza juz
jakis czas w przeszlosci. Z banknotow usmiecha sie Mandela, za czasow mojego pierwszego
pobytu tam byl jeszcze uwieziony... Caly swiat sie zreszta w tym czasie zmienil...
 
W czasie mojej wyprawy bylo sporo wycieczek, byl park malp, byl "lwi park", bylo safari,
byla wycieczka po rzece pelnej hipoptamow i krokodyli, bylo akwarium, bylo delfinarium,
byly pokazy foczych sztuk, byly zakupy (ciuchowe), to z tej okazji byly zrobione dzisiaj prezentowane zdjecia - to uchwycona przerwa w grzebaniu po wieszakach :-).  Bylismy nad
oceanem i chociaz bylo raczej chlodno byly kapiele i "nurkowanie", no i cos, czego nie mozna pominac - gory pysznego jedzenia. Ja mialam pewien dylemat, bo bylo glownie
mieso od rana do wieczora, ale za to takiej jakosci, ze nawet nie specjalnie sie wzdrygalam.
Teraz moja waga jeczy co rano, bo te kulinarne szalenstwa nie pozostaly bez konsekwencji,
ale w zyciu zawsze jest cos za cos :-).
 
Nasi gospodarze - moj brat z zona, byli cudowni, serdeczniejszego goszczenia nie mozna sobie wyobrazic!
Dziekujemy IM za ten czas pelen atrakcji, za serce i za to, bylo po prostu pieknie!!!
 
Przy pozegnaniach powstal pomysl wzajemnych odwiedzin, tym razem letnich - tak ich podroz
do nas w czasie naszego lata jak i nasza ponowna wizyta, tym razem w czasie ich lata....
Nie ukrywam, ze bolesnie brakowalo mi kwiatow i w ogole zieleni, to trzeba bedzie nadrobic!
 
Moja krotka relacja z pobytu w Afryce dobiega konca, pozniej beda detale :-)
 
Pozdrawiam Was serdecznie!!!!!!
 
 
 
 
 
 
 
 

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Reisefieber...






Tyle czasu spedzilam na przemysleniach jak to bedzie, kiedy nadejdzie czas podrozy a teraz ta
wyprawa jest faktem. Walizy zapakowane, teraz juz tylko trzeba przeczekac noc i jutro odlatujemy.
Sama podroz zaczyna sie od Frankfurtu do ktorego musimy dojechac i to troche wydluza calosc,
i tak nie krotka w samej sobie.
Ciesze sie, ze dane nam bedzie zobaczyc rozne rzeczy, ze na pewno da sie sporo uchwycic
w kadr. Poczulam wole fotografowania i to tez jest dobry znak :-)

Zamieszczone zdjecia pokazuja male lotnisko i nieduzy samolot, ale to tylko tak dla wyobrazni,
ze oproczcalej radosci odczuwam (jednak!!!) Reisefieber...

Powrocimy 22 sierpnia i do tego czasu posylam Wam serdeczne pozdrowienia!!!!!








środa, 30 lipca 2014

Przemyslenia przed podroza albo kleska urodzaju...




Dzisiaj uswiadomilam sobie, ze za tydzien o tej porze bede pewnie drzemac po odbytej podrozy.
Czas tak szybko plynie a ja jeszcze daleka od wszelkiego pakowania... Opadaja mi rece...
Kiedys zadna podroz nie byla zbyt daleka czy meczaca, teraz juz mi trudno pakowac sie na 
wyjazdy do Polski a co dopiero teraz, kiedy to trzeba pamietac o slomkowym kapeluszu, 
slonecznych okularach (ktore mam a ktorych nie nosze) oraz o mazidle od slonca z filtrem 50...
Ale nic to, nie mam wyboru i musze sie w koncu zmobilizowac do dzialania.
Bez bagazu nie mozna podrozowac :-)

Od wczoraj pada deszcz przy czym wczoraj zmoklam do suchej nitki, zlapaly mnie szczegolnie
silne opady. Gdzies w prognozie pogody widzialam, ze te opady przemieszczac sie beda na 
wschod, mam nadzieje, ze nie narobia zadnych szkod.

Po moim powrocie bede miala na pewno duzo zdjec (tym razem mam zamiar naprawde zajac
sie fotografowaniem) a dzisiaj zamieszczam zdjecia z Zaczarowanego Parku.
Pomyslalam sobie, ze zamieszcze wszystkie, ktore zrobilam bo zapomne a pozniej jesienia bede
zdziwiona, ze mam jeszcze letnie zdjecia w zapasie.

Moja kartka jest w drodze na Syberie, ciekawa jestem bardzo, czy trafi do wlasciwych rak.
Z pomoca mojej znajomej dotarlam do rosyjskiej "Naszej klasy", ale wyniki poszukiwan nie byly
jednoznaczne. Zobaczymy, co przyniesie przyszlosc.

Dzielnie pije moje zielone smoothies i bardzo sie do nich przyzwyczailam, ale na czas urlopu trzeba
bedzie zrobic przerwe, z gory wiem, ze bedzie grillowanie bez konca. Ja od jakiegos czasu nie jem
prawie wcale miesa a wiec bede sie musiala przestawic. Chyba, ze poprosze o grillowane
warzywa i owoce.
Ostatnio sprawilam sobie ksiazke o zdrowym wyzywieniu i tam byla mowa o tym, ze mieso jest
absolutnie niezdrowe a zaraz za nim stoi mleko i jego wyroby (ktore to lubilam zawsze). 
Byla mowa o roznych aspektach zywienia sie a tak  w ogole to przeslanie tej ksiazki to rada, 
aby najlepiej przejsc na "surowe" wyzywienie, czyli jesc to, co nie jest podgrzane na temperature
wyzsza od 42°C. Na pewno duzo racji bylo w tym wszystkim, ale czy mozna sie przestawic na 
taki drakonski sposob odzywiania??? Z jednej strony wydaje mi sie to ponetne, z drugiej oczywiscie
zdaje sobie sprawe, ze budzet na artykuly spozywcze strzela automatycznie w gore.
No coz, nie musze teraz za duzo myslec, bo grillowanie przede mna, ale po powrocie na pewno
powroce do moich smoothies, to jest doskonaly wariant dla mnie.

Moja suszarka oznajmila, ze jest gotowa a wiec rzucam bloga i lapie sie za prasowanie, w koncu
pare rzeczy naprawde trzeba zapakowac :-)

Pozegnalny post jeszcze nastapi, na razie wiec....


































środa, 23 lipca 2014

Powiew przeszlosci....




Nie naleze do tych osob, ktore zbieraja listy, przechowuja pieczolowicie zasuszone kwiaty, piorka
i inne "pamiatki",  czy tez chronia e-maile od zapomnienia. Rowniez moj wlasny blog nie jest
przeze mnie wertowany do tylu.
Tyle zreszta tych blogow bylo... Ostatni z nich mial byc przeze mnie skasowany, bo wydawalo
mi sie,ze moze wroce do przeszlych dni, do wrazen, uczuc i impresji.
Nie zajrzalam  jednak do niego ani razu, ponadto posialam gdzies hasla i tym sposobem  od
wszelkich dylematow  uwolnil mnie Onet kasujac go raz na zawsze.

Ale widac, nie ma reguly bez wyjatkow.
Ostatnio powialo w moich myslach przeszloscia. Poczulam potrzebe myslenia o ludziach, ktorych
spotkalam kiedys tam, ktorzy byli w jakis sposob wazni, ktorych chcialabym nagle, po tylu latach
spotkac i zobaczyc, czy ciagle sa jacy byli.

Ostatnio wygrzebalam numer telefonu kogos, kogo widzialam ostatni raz 28 lat temu...
Wzielam sie na odwage i.... zadzwonilam. Radosc byla wielka, po obydwu stronach zreszta.
Nagle sie poczulam, jakbym miala dwadziescia pare lat...

Dowiedzialam sie rowniez od mojej bratowej, ze przez Facebook zglosil sie do niej moj ostatni
szef z PL proszac o moj numer, pewnie tez ktoregos dnia rozdzwonia sie telefony....
Tak na marginesie: nie ide z duchem czasu a wiec nie jestem w zadnych forach i innych miejscach,
gdzie ludzie spedzaja czas. W swietle powyzszego jest to troche nielogiczne, pewnie odnalazlabym
wiele dawnych kontatktow, ale czy tego chce? Raczej nie... Myslac o dawnych kontatkach mialam
na mysli konkretnych ludzi a nie wszystkich, ktorzy przewineli sie przez moje zycie.
Nie ma mnie wiec w FB, tak jak mnie nie bylo w Naszej Klasie. Jak napisalam wyzej - nie lubie
powrotow, z reguly przynajmniej, ale czasami moze to byc cos sympatycznego, tak mysle...

Pochodze z miasta, gdzie mielismy duzo Zaprzyjaznionej Armii i tym sposobem jej czlonkowie
z rodzinami byli moimi bezposrednimi sasiadami. Tak tez mialam przez kilka lat przyjaciolke,
ktora wyjechala z PL w 1974. Dlugo, dlugo korespondowalysmy, ale pozniej kontakt sie urwal.
Bylam akurat przez jakis czas w RPA, kiedy dotarl do mnie jej list pisany na moj domowy adres.
Nie odpisalam wtedy, bo przekonana bylam, ze do Zwiazku nie dostanie listu akurat z tego kraju.
A pozniej? Pozniej sie myslalam o tym, tyle rzeczy sie przewalilo przez moje zycie.
Teraz, ktoregos dnia pomyslalam o niej bardzo intensywnie i postanowilam napisac!
Stwierdzilam przy tym, ze moj rosyjski lezy i dlatego poprosilam o napisaniu kartki znajoma,
ktora jest niemiecka Rosjanka, czy odwrotnie. Teraz wrzuce go do skrzynki i bede czekac
z niewiadomym dzisiaj wynikiem, bo kto wie, czy ona jeszcze mieszka tam, gdzie mieszkala
25 lat temu. Zobaczymy, ale jest przy tym jakis dreszczyk emocji.
Z adresu wiem, ze moja przyjaciolka mieszka na Syberii i trzeba trafu, ze z tych okolic pochodzi
moja znajoma. Przy okazji pisania kartki opowiedziala mi o tym, ze u nich snieg lezy od....
pazdziernika do maja!!!! Tutaj pomyslalam o Vinniczku, ktory pewnie juz pod koniec pazdzeirnika
a najdalej na poczatku listopada bylby martwy od tego zimna. Ja chyba tez za taka zima
nie tesknie. A wracajac do mojego rosyjskiego (ktory swego czasu byl bardzo dobry) stwierdzic
musze, ze zachowalam jego pasywna znajomosc, czyli moja znajoma mowi do mnie pieknie
po rosyjsku a ja jej odpowiadam po niemiecku :-).

Ostatnio zamieszczalam tu zdjecia z Zaczarowanego Parku i chociaz mam ich jeszcze kilka -
dzisiaj pokaze dynamiczna impresje ze Szwajcarii...

W takim tempie jak teraz pisalam przed laty, co to sie (ze mna) porobilo...

Usmiecham sie do Was szeroko.... Wkrotce sie znowu pojawie, pozniej bedzie przerwa na RPA!